środa, 8 października 2014

Empatia czyli o sztuce pozyskiwania przyjaciół

Dziś miałam trudny dzień, usiłowałam czytać, by zająć umysł czymś, co pozwoli mi nieco złapać równowagę... myślenie o problemach wcale ich nie rozwiązuje. Wiecie co mi wpadło w oko? coś o empatii, ale i o przyjaźni, czemu tak potrzebujemy akceptacji, rozmów o wszystkim, pokrewnej duszy...kogoś, komu można powiedzieć wszystko i zrozumie, podzieli problemy i radości...? warto się dowiedzieć, czemu chociażby powiedzonko "co dwie głowy to nie jedna" ma swój głębszy sens :-) to oczywiście żart, ale, że ludzie o podobnym myśleniu są dla nas siłą, wsparciem, często stając się częścią jakby nas samych - żartem nie jest. Samo życie. Polecam poniższy artykuł "z nastrajaniem na empatię".

Nasze mózgi są naturalnie nastrojone na empatię


Autor: Alan Kyne Perry


Być może jedną cech najbardziej definiującą nas jako ludzi jest zdolność odczuwania empatii – umiejętności wczuwania się w uczucia drugiej osoby. Nowe badania przeprowadzone na Uniwersytecie Virginia sugerują, że empatia to stały element naszego „wewnętrznego oprogramowania”.


Dzieje się tak ponieważ w naturalny sposób przywiązujemy się do ludzi, którzy są blisko nas – przyjaciół, współmałżonków, partnerów i kochanków.

„Dzięki bliskim znajomościom inni ludzie stają się częścią nas samych”, mówi w zasadzie oczywistą kwestię James Coan – profesor psychologii na Uniwersytecie Virginia. W swoich badaniach wykorzystał on obrazowanie tomografem mózgu, aby odkryć w jaki sposób ludzie okazują bliskie relacje z tymi do których się przywiązują. Badania zostały opublikowane w sierpniowym wydaniu Society Cognivity and Affective Neuroscience.

„Nasza jaźń zawsze wtapia się w ludzi, których mamy blisko siebie”, kontynuuje Coan.

Innymi słowy nasze poczucie własnej tożsamości jest w dużym stopniu oparte na osobach, które dobrze znamy i w które umiemy się wczuć. Coan wraz ze swoim zespołem badawczym przeprowadzili badania nad 22 młodymi osobami (wszystkie z nich były pełnoletnie). Ich mózgi były skanowane rezonansem magnetycznym, skupiając się na aktywności mózgu podczas groźby otrzymania łagodnego porażenia prądem oraz podczas takiej samej informacji w stosunku do bliskiej im osoby oraz obcej.

Naukowcy zaobserwowali, zgodnie z oczekiwaniami, że obszary odpowiedzialne za reakcję na zagrożenie, tj. wyspa, skorupa oraz część płata ciemieniowego, zostały bardzo pobudzone przy myśli o byciu porażonym prądem. W przypadku informacji tego typu dotyczącej obcej osoby regiony te pozostawały aktywne w znacznie mniejszym stopniu. Jednakże myśl o tym, że porażony prądem mógł być przyjaciel lub inna bliska osoba, powodowała w zasadzie identyczne zachowanie się wspomnianych obszarów mózgu, jak podczas bycia samemu pod zagrożeniem tego rodzaju.

„Korelacja pomiędzy sobą samym, a bliską osobą jest bardzo podobna”, mówi Coan. „Odkrycie to pokazuje, że mózg ma niezwykłą zdolność do wczuwania się w innych. Ludzie nam bliscy stają się częścią nas samych. Nie jest to już tylko metafora czy poetyckie stwierdzenie, ale jest to po prostu bardzo prawdziwe. Dosłownie jesteśmy sami w poczuciu zagrożenia, kiedy zagrożony jest nasz przyjaciel. Jednak nie mamy takich odczuć kiedy w niebezpieczeństwie jest obca nam osoba”.

Coen twierdzi, że dzieje się tak ponieważ ludzie potrzebują przyjaciół, osób bliskich, które mogą być obok oraz w pewien sposób dostrzegać w nich samych siebie. A czym więcej ludzie spędzają czasu ze sobą, to w jakiś sposób stają się do siebie podobni.

„Jest to w zasadzie podział na samych siebie oraz obcych. Nasza jaźń zaczyna bowiem zawierać w sobie osoby, do których jesteśmy przywiązani”, mówi dalej Coan. „Kiedy nasz przyjaciel jest w jakiś sposób zagrożony, to sami czujemy się jakby to niebezpieczeństwo ciążyło nad nami. Możemy zrozumieć ból jaki przeżywa czy trudności z jakimi się zmaga. Tak samo osoby nam bliskie mogą zdawać sobie sprawę z wielkości naszego własnego bólu”.

Empatia to najprawdopodobniej rezultat naszych procesów ewolucyjnych. „Kwestie grożące nam samym oznaczały zagrożenie dla naszych zasobów i możliwości. Różne zagrożenia mogły nam odbierać nasze rzeczy. Jednak kiedy rozwiniemy przyjaźń, poznamy ludzi którym możemy ufać i na których możemy polegać, to w istocie stają się oni częścią nas samych. W ten sposób nasze zasoby się jakoby rozszerzają, a my sami zyskujemy. Twój cel staje się moim celem. Jest to cześć naszych zdolności do przetrwania”.

Ludzie potrzebują przyjaciół, mówi Coan, niczym „jedna ręka potrzebuje drugiej, aby móc klasnąć”.


Alan Kyne Perry

Animator i manager kultury. Prezes Fundacji Rozwoju Indywidualnego "Praca Moc Energia". Redaktor naczelny Magazynu Kompresja i właściciel studia muzycznego Frequency Institute.

Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

Dziś zaćmienie Księżyca... o zjawisku i sztuce obserwacji nieba

Wiecie o tym? Gdyby tak można było takie zjawisko sfotografować... Obserwatorzy nocnego nieba dziś mają okazję podziwiania niezwykle ciekawego zjawiska. W niektorych regionach na Ziemi dojdzie do całkowitego zaćmienia Księżyca. „Spektakl będzie niesamowity – powiedział w komunikacie prasowym Fred Espenaka, ekspert z NASA.”
Niezwykle ciekawe zjawisko
Niestety, jak to tradycyjnie bywa zjawisko nie będzie widoczne z terenów naszego kraju, choć nasi rodacy mieszkający za oceanem rzeczywiście będą mieli na co popatrzeć. W dniu 8 października obserwatorzy powinni próbować zobaczyć całkowite zaćmienie księżyca i wschodzące słońce niemal jednocześnie.
W trakcie tego zaćmienia oba ciała są oddalone od siebie dokładnie o 180 stopni. Idealne dostrzeżenie tego zjawiska (nazywane syzygium) jest niemal niemożliwe. Jednak dzięki ziemskiej atmosferze zarówno Słońce jak i Księżyc są widoczne nad horyzontem dzięki refrakcji astronomicznej. To pozwala ludziom na Ziemi zobaczyć Słonce kilka minut przed jego rzeczywistym wschodem oraz dodatkowe minuty z Księżycem po jego zachodzie.
Dzięki tej atmosferycznej sztuczce wiele amerykańskich miejscowości na wschód od rzeki Missisipi będzie miało okazję obserwować ten niezwykły spektakl na żywo. Przy sprzyjającej pogodzie będzie można zobaczyć moment wschodu Słońca i zachodu zaćmienia Księżyca równocześnie – podaje portal Space.com.
Tylko Ameryka i Pacyfik
Pierwsze fazy całkowitego zaćmienia Księżyca rozpoczną się od Nowej Fundlandii, 30-45 minut przed jego zachodem. Rosnąca muszla ciemności pojawi się w górnej lewej części księżyca, kiedy Słonce zacznie zbliżać się do wschodu. W Nowej Szkocji będzie można zobaczyć połowę zaćmienia, zaś całkowite zaćmienie Księżyca będzie widoczne na zachodzie Ameryki Północnej oraz na Pacyfiku, Japonii, Kamczatce i wschodzie Australii. Wtedy nasz Naturalny Satelita będzie całkowicie zanurzony w cieniu Ziemi. Tymczasem tylko ostatnie etapy zaćmienia będzie zobaczą mieszkańcy zachodniej i środkowej Australii oraz w większości Azji. W ogóle zjawisko nie będzie widoczne w Europie ani Afryce.
Pojawi się kolor niebieski
Jednak naukowcy twierdzą, że tym razem zaćmienie Księżyca to nie tylko czerwone, krwiste palety barw. Przed świtem uważni obserwatorzy będą mogli zobaczyć na niebie turkusowe paski.
„Podczas zaćmienia Księżyca większość światła oświetlającego Księżyc przechodzi przez stratosferę, gdzie staje się czerwona z powodu jego rozpraszania” – wyjaśnia naukowiec, specjalista w dziedzinie nauk atmosferycznych, Richard Keane. „Jednak światło przechodzące przez górną stratosferę penetruje warstwę ozonową, która pochłania kolor czerwony i powoduje jego rozproszenie na niebieskawe wiązki światła”. Keane podkreśla, by dokładniej zobaczyć turkusowe odcienie nieba za pomocą teleskopu lub lornetki w pierwszych i ostatnich minutach trwania zaćmienia Księżyca.
W Polsce najbliższe zaćmienie Księżyca będzie widoczne dopiero we wrześniu 2015 roku... warto zajrzeć do kalendarium http://cybermoon.pl/zacmienia/z_k_pl.html

wtorek, 30 września 2014

Performans - sztuka zmieniania świata

Dziś nie mam weny twórczej, coś się zaczyna, coś się kończy...trzeba nieraz sobie powiedzieć stop i zrobić zwrot o 180 stopni w swoim życiu. To też wyjątkowo trudna sztuka ;-) dziś mam nastrój na pewnego rodzaju sztukę uczestniczącą, coś pomiędzy sztuką a życiem... performans.
Autor: Joanna Dębiec
Spotkałam się z performansem zbierając materiały do pracy magisterskiej, nawiasem - napisałam ją używając "języka" autoetnografii, też w pewien sposób performansu.
Tradycjami performans sięga do futuryzmu, surrealizmu, a szczególnie dadaizmu. Teoretyczne korzenie performansu można znaleźć zarówno w filozofii języka potocznego, jak również w pracach antropologów i socjologów, którzy badali kulturę jako dramat.
Można tu wymienić, z najbardziej znanych, prace Victora Turnera, Ervinga Goffmana czy Kennetha Burke’a. Ważne są także badania folkloru dotyczące sztuki mówionej (np.prace Dwighta Conquergooda), jak również nowatorskie formy teatralne w przedstawieniach Brechta, w której jeden aktor gra wiele postaci, bezpośrednio zwraca się do widowni, komentuje bieg zdarzeń. Postmodernistyczna, a szczególnie poststrukturalistyczna koncepcja podmiotu konstruowanego językowo, odrzucająca esencjalizm i trwałe tożsamości wpłynęła na sposób prezentowania treści przez badacza. Podobnie jak w autoetnografi, postmodernistyczne etnodrama opowiadają osobiste historie (mystory), dotyczące problemów życia codziennego. Szczególnie częste są opowiadania dotyczące traumatycznych zdarzeń, grup zmarginalizowanych, wykluczonych z dyskursu publicznego lub ludzi żyjących w hybrydycznych kulturach, transgresyjnych tożsamościach. Punktem wyjścia dla tworzenia performansu są badania, w których badacz lub zespół badaczy zbiera materiał badawczy, stosując różnorodne metody: obserwację, różnego typu wywiady, zapisy konwersacji, a także wszelkie inne źródła powiązane z tematem badań, np. poezja, pieśni, filmy, fotografie, zapisy autoetnograficzne itp. W kolejnym etapie badacz decyduje, jaką formę przedstawiena wyników wybrać: naturalną czy udramatyzowaną, gdzie przygotowany tekst jest odgrywany. Badacz wybiera sposób prezentacji: może wynająć aktorów i podzielić w sposób dowolny role, może sam odegrać teksty, jak w teatrze jednego aktora, może także rozpisać role i wręczyć je do odegrania osobom z publiczności. Denzin szczególnie ceni osobisty performans, napisany w pierwszej osobie, który może mieć formę opowieści o sobie samym (self-story), w której podmiot przedstawia jakieś zdarzenia z własnej biografii w porządku sekwencyjnym, osobiste historie (personal history), które są szerszą rekonstrukcją historii jednostki, grupy czy instytucji, bazując na wywiadach, wspomnieniach i innych zebranych materiałach oraz świadectwa (testimony), opisujące jakieś zdarzenia polityczne i historyczne, w których podmiot był obserwatorem lub bezpośrednio w nich uczestniczył. Szczególnie ważne są świadectwa dotyczące łamania praw człowieka, walki o przeżycie, niesprawiedliwości społecznej.
Każda z takich opowieści opowiada historię badanych, ze szczególnym uwzględnieniem punktów zwrotnych, przeżyć, w których podmiot opowiadający przechodzi przemianę, porzuca dotychczasowe, zrutynizowane sposoby oglądu świata i odnajduje nową tożsamość. To dotknięcie „trzewi życia” z trudem poddaje się werbalizacji, dlatego też autor może sięgać po inne środki wyrazu: język ciała, symbole i obrazy. W ten sposób tekst "ma dotrzeć do ludzkich serc, a nie tylko umysłów”, zostaje ucieleśniony w ciałach aktorów, tworząc w ten sposób przestrzeń dla wspólnego przeżywania i doświadczania. Wykonywany tekst jest ożywionym przeżyciem w podwójnym znaczeniu tego słowa. Po pierwsze, opowiada o przeżyciach badanych ludzi, na nowo wskrzeszając je na scenie, a po drugie przeżycia te mogą być ponownie doświadczone przez publiczność.

Ten typ zdarzenia komunikacyjnego ma, zdaniem Denzina, ogromna siłę oddziaływania, ponieważ wyzwala silne emocje, takie jak empatia i współczucie, wzbudza w widzach krytyczna refleksję, podważa stereotypy społeczne. A to najbardziej do mnie przemawia w zarówno performansie, jak i autoetnografii. Performans jest zarówno metodą reprezentacji doświadczenia, jak i metodą ich rozumienia. Kluczową rolę w etnoperformansie (czy to literackim - czytelnik, czy to w sztuce - odbiorca) odgrywa publiczność, która nie jest voyeurystycznym audytorium, ale zaangażowanym aktorem, który może dodawać nowe treści do tekstu, rozszerzać go o własne doświadczenia biograficzne.
Generalnie sztuka angażująca odbiorcę w jej przeżywanie, pobudzająca do głębszych refleksji, nie pozwalająca przejść wobec pewnych problemów życia obojętnie, jest wyjątkowa. W dzisiejszych czasach to jedyna szansa na przekaz, który poruszy, wzbudzi refleksję, zaszokuje, zohydzi, jak conajmniej prace Zdzisława Beksińskiego, tyle, że obrazy czy je będziesz oglądał z zachwytem, czy wyjdziesz zbulwersowany z wystawy, nie zmienią Twoich poglądów, życia, a autoetnografia, performans... mają siłę zmieniania świata.

www.wszystkoosztuce.blogspot.com

niedziela, 21 września 2014

Sztuka spisania historii życia, którego sztuka była treścią... czyli o książce "Beksińscy. Portret podwójny"

Właśnie wpadła mi w ręce książka "Beksińcy. Portret podwójny" Magdaleny Grzebałkowskiej. Miałam przeczytać jedną z nowości wydawniczych i napisać recenzję. Hmmm, zaczęłam czytać i... nie mogłam się oderwać. Najbardziej zaskakujące było to, że to coś w rodzaju biografii, więc poza może lata temu czytaną "Udręką i ekstazą" Irvinga Stone'a, która mnie pochłonęła niemal całkowicie, nie czytałam równie dobrze napisanej biografii. Drażnią nieco przeskoki między latami - opis lat 70. przeplatane z czasami obecnymi za bardzo jak dla mnie odrywa od płynnego poznawania losów bohaterów, sprowadza na ziemię, ale autorka tym nadaje tej historii autentyczności. O Beksińskim po raz pierwszy, poza oczywiście gdzieś zasłyszanymi informacjami medialnymi, skandale są medialne, usłyszałam przy okazji poznawania historii fotografii... widziałam interesując się sztuką, malarstwem, grafiką - jego prace, ale raczej traktowałam je bezosobowo... fascynowała genialna wyobraźnia i niesamowity kunszt artysty, prace ojca, Zdzisława Beksińskiego rozbudzają twórczość i wyobraźnię dzisiejszych młodych "zbuntowanych", których pociąga inność, odwaga w wyrażaniu siebie...słynnych nocnych programów muzycznych syna Tomasza nigdy nie miałam okazji słyszeć i po przeczytaniu książki bardzo żałuję, ale je odgrzebię gdzieś w archiwach... wiem, że warto, tym bardziej, że muzyki, o której opowiadał, którą chłonął, i ja słuchałam - moje czasy... ale i równie niepokorna natura ;-) Spotkałam się w wielu recenzjach ze stwierdzeniem, że to książka o samotności... hmmm, "w sa­mot­nej ciszy kształcą się ta­len­ty, a cha­rak­te­ry śród odmętu świata" - pisał Johann Wolfgang Goethe, chyba miał rację. To była samotność z wyboru, może dlatego, że genialny umysł wyprzedza inne...ciężko im nadążyć? Na pewno w książce Beksiński artysta malarz, architekt, rzeźbiarz, twórca właściwie na wszelkich możliwych płaszczyznach, jawi się jako człowiek chcący dogłębnie przeżyć życie, wyrażać dokładnie to, co chce, przekorny wobec wszelkich zasad, twierdzeń, ocen, jakby kpiący z wszystkich i wszystkiego szczerością, dosadnością, prawdziwością obnażający hipokryzję, pozory, system, szokujący, drażniący, niepokorny...tworzący dla siebie przede wszystkim - wedle własnych wizji, wciąż poszukujący, doskonalący się, przekraczający granice zrozumienia. Syn - równie genialna indywidualność, pełna tajemnicy i poszukująca... niepokorna, rozedrgana, chcąca zaznaczyć swoją obecność mocnym akcentem, choćby poprzez swoją śmierć... Po prostu przeczytajcie o nieprzeciętnej rodzinie Beksińskich. Ci, którzy nie są zbyt tolerancyjni, żyją według przyjętych ogólnie zasad, konformiści, nie potrafiący otworzyć się na Innych - nie zrozumieją; ta historia bulwersuje, szokuje, a na pewno pozostawia ślad po ludziach, którzy mieli odwagę żyć po swojemu, w pełni świadomie, twórczo, szukając swojego "spełnienia". Ale po kolei...

Historia Beksińskich domagała się opowiedzenia. I znalazła się autorka, która zrobiła to wspaniale. Oddzierając ich z infantylnej mrocznej legendy, ale nie z tajemnicy.
Rodzina przeklęta – to pierwsze skojarzenie, które się nasuwa. Historia Zdzisława i Tomasza Beksińskich na pierwszy rzut oka wydaje się fabułą któregoś z opowiadań – ukochanego zresztą przez ojca i syna – Edgara Allana Poe.
Ojciec – "najbardziej kontrowersyjny polski malarz" w epoce, kiedy malarstwo było jeszcze w stanie kogokolwiek zbulwersować, kolonizujący wyobraźnię odbiorców swoimi zaświatowymi wizjami, pełnymi zgliszcz, upiorności, sadomasochizmu i kosmicznej samotności. Wzbudzający skrajne reakcje – od uwielbienia po – nagminne ze strony krytyki - zarzuty o kicz. Targany obsesjami odludek z manią na punkcie bezpieczeństwa.
Syn – kultowy prezenter radiowej Trójki i tłumacz "Monty Pythona", outsider i ekscentryk, członek londyńskiego towarzystwa wampirów, który w "WC kwadransie" pojawił się w czarnej pelerynie à la Nosferatu.
Młodszy popełnił samobójstwo, starszy został kilka lat potem zamordowany. Kiedy Tomasz się zabił, w Polskę poszła wieść, że to przez ojca, który miał nierówno pod sufitem. Kiedy zginął ojciec, wydawało się, że realizuje się mroczne fatum ciążące na rodzinie. Zagadkowi, demoniczni, nieszczęśliwi. Bohaterowie ciemnej legendy.
Poszukiwacze niesamowitości będą "Portretem podwójnym" rozczarowani. Choć Grzebałkowska wpiła się w duszę rodu Beksińskich niczym – nie szukając daleko – wampir, odsłaniając jego tajemnice, sekrety, intymność, zrobiła to, by stworzyć portret, na który zasłużyli: odarty z niezdrowej sensacji, ludzki, współczujący. Z jej książki wyłaniają się nie "mroczni inni", ale ludzie z krwi i kości. Wewnętrznie pokręceni i z pokolenia na pokolenie haratani, ale jakoś w swoim poplątaniu zrozumiali, budzący empatię, a także – zwłaszcza ojciec – zwykłą sympatię.
"Portret podwójny", a więc historia ojca i syna, dwóch outsiderów połączonych gordyjskim węzłem pokrewieństwa. Opowieść zaczyna się od listu. Beksiński-ojciec komunikuje w nim przyjaciółce Tomasza, że ten właśnie się zabił. Kończy go słowami: "No nic. Jeśli chcesz jakieś dodatkowe informacje, to napisz. Pięknie wszystkich pozdrawiam". List, napisany dzień do śmierci syna, jest rzeczowy, opisowy. Wstrząsający w swoim chłodzie. Wszystko, co następuje potem w "Portrecie podwójnym" jest właściwie próbą odpowiedzi na – niepostawione wprost, a jednak rozsadzające czaszkę - pytanie: jak można tak beznamiętnie pisać o samobójstwie własnego dziecka?
Grzebałkowska krok po kroku rozjaśnia mrok i na kilkuset stronach udziela odpowiedzi, które znajdują się na przeciwległym biegunie od tego, co proste i przewidywalne. "W sytuacjach skrajnych nie ma schematów" – powie jej jeden z przyjaciół Beksińskich i to zdanie mogłoby być mottem jej opowieści.
"Beksińscy. Portret podwójny" to rozpisana na kilka generacji opowieść o rodzicach i dzieciach, kobietach i mężczyznach, którzy próbują nie utonąć w rzeczywistości. To rodzinna historia wewnętrznych emigracji, opowieść o wrażliwych ludziach, którzy próbują żyć po swojemu, w kontrze do świata, w mozolnie zbudowanych twierdzach, gdzie czują się bezpiecznie.
Podglądamy ich w przypominającym labirynt sanockim domu, w którym nie sposób się nie zgubić, zaglądamy do ich warszawskich mieszkań. Poznajemy niezbyt licznych, ale wiernych przyjaciół domu, marszandów i kuzynów, krytyków i babcie, żywieniowe zwyczaje, nawyki, odzywki domowników, kulisy powstawania obrazów i cielesne sekrety, sny i fantazje. Grzebałkowska odtwarza emocje, relacje, domową atmosferę u Beksińskich tak szczegółowo, że wrażenie wniknięcia w ich życie jest totalne. Tym bardziej, że pozwala bohaterom mówić w pierwszej osobie: poprzez listy i inne zapisy codzienności, jak nagrywany przez Beksińskiego seniora "dziennik foniczny".
Beksińscy się odsłaniają – i zaskakują. Największą niespodziankę robi chyba Beksiński-senior, który swoje wewnętrzne demony trzyma na smyczy zdrowego rozsądku i codziennej krzątaniny. Ekscentryczność i ciemne wizje "miłego pana, prędzej lekarza z wyglądu niż artysty", jak napisze o nim Wojciech Tochman, schodzą w codziennym życiu na drugi plan, zepchnięte przez codzienne użeranie się z urzędniczo-biurokratyczną rzeczywistością PRL-u. Jak tu być melancholikiem, kiedy nad głową wisi sprawa meldunku, kiedy synowi trzeba załatwić taśmy, obrazami przekupić tego i tego i jeszcze na dodatek wymigać się od państwowego stypendium (bo władza, niezależnie od epoki i ustroju, upupić i zawłaszczyć "Artystę" próbuje nieustannie)? Grzebałkowskiej udało się – poprzez opisy codziennej szamotaniny – sportretować nie tylko rodzinę Beksińskich, ale i pełną absurdu epokę.
Sportetowała też pokomplikowane wewnętrzne światy, choć zadanie miała niełatwe, a po drodze wiele pułapek. Toksyczne relacje, nieporadna miłość i emocjonalny chłód, fobie, samobójstwo, zabójstwo to materiał kuszący, ale wybuchowy. Szczególnie w przypadku Tomasza, skrajnie samotnego samozwańczego "Nosferatu", ostatniego ogniwa w spowitym mrokiem łańcuchu pokoleń. Jego portret to fascynujące stadium nieprzystosowania. Człowiek zarazem ziejący nienawiścią do "mięsa" czyli ludzkości i spragniony uczucia, skrajnie infantylny i egocentryczny, (samo)skazujący się na zagładę. Budzący współczucie, bo poniekąd zarażony atmosferą domu, w którym się wychował. "Zdzisław Beksiński nigdy nie uderzy swojego syna. Zdzisław Beksiński nigdy nie przytuli swojego syna" – pisze Grzebałkowska. Nie ma tu jednak ferowania wyroków, wskazywania winnych. Jest samotność, na którą skazani są jednakowo wszyscy, choć niektórzy radzą sobie z nią lepiej, a inni załamują się pod jej ciężarem.
"Beksińscy. Portet podwójny" to książka biograficzna, która, mówiąc najprościej i najdosadniej, ożywia swoich bohaterów. Pięknie łudzi, że Beksińskich, że innych w ogóle, da się zrozumieć, pojąć, wytłumaczyć. Jednak nawet jeśli to złudzenie, Grzebałkowska zaszła w tej próbie naprawdę daleko. Z małym wyjątkiem. Jak sama przyznaje, oparła jej się Zofia Beksińska. Portret podwójny byłby tak naprawdę portretem potrójnym, gdyby ona – muza, opiekunka, spoiwo, a może: ofiara – nie strzegła tak dobrze swojej tajemnicy. Pozostały domysły, przypuszczenia i to, jak widzieli ją inni.
"Beksińscy. Portret podwójny" to opowieść o znikaniu. Z rodziny nie pozostał przy życiu nikt. Dom w Sanoku został dawno zburzony. Jak donoszą gazety, sanockiemu Muzeum Historycznemu, gdzie znajduje się większość obrazów Zdzisława Beksińskiego, grozi bankructwo. Dobry to moment, by o malarzu, który niegdyś z równą siłą czarował i odrzucał, irytował i wzbudzał podziw, znów zrobiło się głośno - pisze Aleksandra Lipczak w lutym 2014 r. Ja bym dodała...to dobry moment na dobrą książkę, po prostu.

Rozpowszechnianie wizerunku

Polecam jeszcze jeden artykuł z tej serii, chociażby ze względu na to, iż będąc dziennikarką miałam już z tymi tematami do czynienia i wiem, że znajomość prawa pod tym względem jest nieraz niezbędna, by funkcjonować w dzisiejszym świecie, korzystać z wynalazków nowoczesnych technik informacyjnych. Jest to również ważne dla prowadzących blogi, dla wypowiadających się na forach internetowych, dla facebookowiczów, czy w ogóle udzielajacych się w sieci. Warto być odpowiedzialnym za swoje słowa i treści publikowane, polecane, a także wykorzystywane. Uważajmy na bezpieczeństwo danych, szczególnie, gdy publikujemy w sieci swoje prace fotograficzne, jakąkolwiek twórczość, zabezpieczmy się ustawieniami i mądrze korzystajmy z możliwości, jakie daje Internet. Sztuka prowadzenia blogów, stron internetowych, wymaga pewnej wiedzy i znajomości prawa, coraz bardziej egzekwowanego.

Zgoda na rozpowszechnianie wizerunku


Autor: Jarosław Jastrzębski


W dobie mody na rozpowszechnianie fotografii w Internecie (facebook, instagram), wiele osób z pewnością nieraz się zastanawiało, gdzie leży dozwolona granica, czy potrzebna jest zgoda osoby znajdującej się na fotografii, którą zamierzamy udostępnić oraz jak powinniśmy zareagować, jeśli ktoś rozpowszechnia zdjęcia z naszym wizerunkiem bez naszej zgody.


Na wstępie należy zaznaczyć, iż kwestia rozpowszechniania wizerunku została uregulowana w ustawie z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. z 2006 r. Nr 90, poz. 631, z późn. zm.). Zgodnie z art. 81 ust. 1 tej ustawy rozpowszechnianie wizerunku wymaga zezwolenia osoby na nim przedstawionej. Natomiast w braku wyraźnego zastrzeżenia zezwolenie nie jest wymagane, jeżeli osoba ta otrzymała umówioną zapłatę za pozowanie.

Generalną zasadą jest więc konieczność uzyskania zgody osoby, znajdującej się na zdjęciu, które zamierzamy rozpowszechniać, np. umieszczając je na profilu na portalu internetowym. Należy przy tym rozróżnić  rozpowszechnianie od samego uwieczniania wizerunku. Prawo autorskie mówi jedynie o zgodzie na rozpowszechnianie, wynikałoby więc z tego, że zgoda na samo zrobienie komuś zdjęcia nie jest wymagana.

Wyjątek w zakresie zgody dotyczy natomiast sytuacji, gdy ktoś otrzymał wynagrodzenie za pozowanie do zdjęcia. Przyjmuje się wtedy, że skoro ktoś otrzymał takie wynagrodzenie, to co do zasady, wyraził również zgodę na rozpowszechnianie swojego wizerunku, np. dla celów komercyjnych. Dlatego też wszelkie kwestie dotyczące zgód na rozpowszechniane wizerunku oraz określenia pól eksploatacji, w ramach których to rozpowszechnianie będzie następować, powinno zostać uregulowane w drodze umowy jeszcze przed przystąpieniem do realizacji zdjęć. Jest to szczególnie istotne przy ofertach dotyczących pozowania za zdjęcia, gdzie jeśli nie dookreślimy tej kwestii w umowie, to będziemy musieli uzyskiwać każdorazową zgodę takiej osoby na rozpowszechniane jej wizerunku tylko dlatego, że osoba taka nie otrzymała wynagrodzenia za pozowanie i nie będziemy mogli skorzystać z domniemania, że osoba ta wyraziła zgodę na takie rozpowszechnianie.

Prawo autorskie zawiera jednak dwa wyjątki, kiedy nie musimy uzyskiwać zgody na rozpowszechniane wizerunku osoby, tj. w sytuacji, gdy na zdjęciu znajduje się osoba powszechnie znana, a jej wizerunek został wykonany w związku z pełnieniem funkcji publicznych, w szczególności politycznych, społecznych lub zawodowych. Drugi wyjątek dotyczy natomiast rozpowszechniania wizerunku osoby, która stanowi jedynie szczegół całości takiej jak zgromadzenie, krajobraz czy publiczna impreza (art. 81 ust. 2 Prawa autorskiego).

Na temat tego, kogo można zaliczyć do grona osób powszechnie znanych, wypowiedział się Sąd Najwyższy, który uznał, że za taką osobę możemy uznawać osoby, które wprost lub w sposób dorozumiany godzą się na podawanie do publicznej wiadomości wiedzy o swoim życiu. Nie są to jednak tylko aktorzy, piosenkarze czy politycy, lecz także osoby prowadzące inną działalność, na przykład gospodarczą czy społeczną (patrz. wyrok Sądu Najwyższego z dnia 20 lipca 2007 r. sygn. I CSK 134/07).

Drugi wyjątek jest natomiast o tyle ciekawy, iż dotyczy sytuacji, kiedy bierzemy udział w jakimś happeningu czy też innej imprezie, po czym zdjęcia z naszym wizerunkiem zostają umieszczone w prasowym sprawozdaniu z takiej imprezy czy w innym artykule na jej temat. Dla zastosowania tego wyjątku od potrzeby uzyskiwania zgody na rozpowszechniane wizerunku, konieczne jest ustalenie relacji między wizerunkiem osoby (osób) a pozostałymi elementami znajdującymi się na fotografii lub materiale filmowym. Otóż rozpowszechnianie wizerunku nie wymaga zezwolenia, jeżeli stanowi on jedynie element dodatkowy przedstawionej całości, tzn. w razie usunięcia wizerunku nie zmieniłby się charakter i przedmiot całego przedstawienia. Innymi słowy, fotografowi lub osobie nagrywającej materiał filmowy chodzi o udokumentowanie samego wydarzenia, nie zaś naszej osoby.

Na marginesie konieczności uzyskiwania zgody na rozpowszechnianie wizerunku, warto zaznaczyć, iż istnieje również zakaz publikowania w prasie wizerunku osób, wobec których toczy się postępowanie przygotowawcze lub sądowe, jak również wizerunku osób, które w konkretnej sprawie są pokrzywdzonymi lub poszkodowanymi. Zakaz taki wynika wprost z przepisów ustawy z dnia 26 stycznia 1984 r. – Prawo prasowe (Dz. U. Nr 5, poz. 24, z późn. zm.) i dla dokonania publikacji wizerunku takiej osoby wymagana jest zgoda tej osoby lub w niektórych przypadkach zgoda sądu lub prokuratora.

Co może natomiast zrobić osoba, której wizerunek został rozpowszechniony bez jej zgody? Może wówczas skorzystać z konkretnych środków ochrony prawnej. Przede wszystkim może żądać zaniechania takiego działania, usunięcia skutków takiego naruszenia oraz jeżeli działanie takie było zawinione, żądać odpowiedniego zadośćuczynienia za doznaną krzywdę lub zapłaty określonej sumy pieniężnej na wskazany cel społeczny.


Jarosław Jastrzębski jest radcą prawnym, specjalistą z zakresu prawa autorskiego, ochrony wizerunku oraz zwalczania nieuczciwej konkurencji, autor bloga poświęconego prawie własności intelektualnej http://wlasnosc-intelektualna.com

Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

O blogach, hejterach i prawie

Polecam tym razem art. na czasie, będzie o blogach, ale i o hejterach i prawie prasowym... Będzie w tym temacie co poczytać i może o czym podyskutować. Zachęcam do komentowania publikowanych artykułów...

Odpowiedzialność za „hejt”, czyli kilka słów o prawnych aspektach blogowania


Autor: Jarosław Jastrzębski


Prowadzenie bloga stało się dzisiaj tak powszechne jak chociażby używanie telefonu komórkowego czy płacenie podatków. Określenie bloger czy blogosfera na stałe już weszły do języka potocznego i stały się częścią kultury masowej.


Obecnie mamy blogi kulinarne, modowe, prawnicze, videoblogi, fotoblogi itd. Rozwój w tym zakresie jest przeogromny, podejrzewam, że w chwili pisania tego wpisu powstaje co najmniej kilka nowych rodzajów blogów.

Osoby publikujące w internecie muszą mieć na uwadze fakt, iż pomimo tego, iż tego typu publikacje i wypowiedzi w sieci nie są z reguły uznawane za publikacje prasowe (choć jest to kwestia sporna), to jednak tego typu materiały mogą godzić w prawa innych osób i mam tu na myśli głównie dobra osobiste.

Mówi się też powszechnie o tzw. „hejcie” czyli po prostu wypowiedziach mocno nacechowanych nieniawiścią lub też po prostu chęcią obrażenia kogoś. Autorem takich wypowiedzi może być nie tylko autor bloga, ale również osoby „wchodzące” na niego i zostawiające na nim swoje komentarze.

Żeby zobrazować z czym mamy do czynienia, warto podkreślić czym tak naprawdę są dobra osobiste. Dobra osobiste człowieka są to pewne wartości o podłożu emocjonalnym bądź psychicznym, jak w szczególności zdrowie, wolność, cześć, swoboda sumienia, nazwisko lub pseudonim, wizerunek, tajemnica korespondencji, nietykalność mieszkania, twórczość naukowa, artystyczna (art. 23 Kodeksu cywilnego). Jest to oczywiście katalog przykładowy i dobrem osobistym może być szereg innych rzeczy, jak również niektóre dobra osobiste mogą również przynależeć osobom prawnym, tj. przedsiębiorcom oraz dużym korporacjom dbającym o swój wizerunek.

Dlatego też wszelkie treści lub wypowiedzi, które zagrażają tym dobrom mogą powodować odpowiedzialność odszkodowawczą oraz konieczność późniejszego złożenia oświadczenia o odpowiedniej treści i formie, czyli czegoś na zasadzie przeprosin.

Nie jest jednak tak, że każda wypowiedź krytyczna czy też stawiająca w złym świetle będzie od razu podstawą do roszczeń. Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na art. 41 ustawy – Prawo prasowe. Można tam między innymi znaleźć, że:

publikowanie rzetelnych, zgodnych z zasadami współżycia społecznego ujemnych ocen dzieł naukowych lub artystycznych albo innej działalności twórczej, zawodowej lub publicznej pozostaje pod ochroną prawa, ponadto przepis ten stosuje się odpowiednio do satyry i karykatury.

Czyli wszystko będzie zależeć od tego do jakich celów naszą krytykę wykorzystujemy, jeśli tylko do tego żeby kogoś obrazić, to na pewno nasze działanie będzie bezprawne. Również w swoich wypowiedziach musimy używać środków adekwatnych do celu, choć stosowanie ocen wartościujących jest już na przykład dopuszczalne w ramach zagwarantowanej swobody wypowiedzi, co potwierdził m.in. Sąd Apelacyjny w Białymstoku w wyroku z dnia 11 grudnia 2013 r. o sygn. I Aca 595/13.

Problem tkwi w zasadzie tylko w jednym…

skoro chcemy się bronić powołując ustawę – Prawo prasowe i tym że krytykujemy w celu dokonywania ocen, o których mówi art. 41 tej ustawy, to niestety jednocześnie uznajemy, że blog jest objęty definicją prasy w rozumieniu Prawa prasowego, co oznacza, że będziemy musieli go zarejestrować w sądzie. Problem z tym jak traktować treści zamieszczane na blogu wynika z tego, iż polskie prawo nie definiuje, czym dokładnie jest blog, w praktyce więc to sądy orzekają, czy dany blog zostanie objęty definicją prasy, a tym samym obowiązkiem rejestracji.

Zupełnie inaczej wygląda kwestia odpowiedzialności blogera za treści umieszczane przez jego czytelników w postaci komentarzy. Przyjmuje się, że administrator bloga nie ponosi odpowiedzialności za treści umieszczane w komentarzach przez osoby trzecie (często anonimowe), nie jest więc zobowiązany do tzw. kontroli prewencyjnej. Jednakże zgodnie z ustawą o świadczeniu usług drogą elektroniczną po otrzymaniu zawiadomienia lub wiarygodnej informacji o naruszeniu praw osób trzecich powinien niezwłocznie uniemożliwić dostęp do takich treści np. je usunąć na żądanie osób, których prawa zostały naruszone.


Jarosław Jastrzębski jest radcą prawnym, specjalistą z zakresu prawa własności intelektualnej, zwalczania nieuczciwej konkurencji oraz nowych technologii, autor bloga Wlasnosc intelektualna.

Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

piątek, 19 września 2014

Malarstwo ścienne "od kuchni"

Polecam dziś artykuł na temat malowideł ściennych, to tzw. freski, jak np. właśnie odrestaurowywane w gotyckim kościele parafialnym w Czchowie - jedne z najstarszych w Europie. Czy zainteresowaliście się kiedyś, jak powstają freski? Jak powstawały wieki temu? Dziś za pomocą dawnych, naturalnych metod konserwatorzy centymetr po centymetrze je odnawiają... to jedne z najstarszych dzieł malarstwa ściennego, powstałych z użyciem najstarszych w historii sztuki, naturalnych barwników i technik malarskich.

Malarstwo ścienne - fresk


Autor: Franek1


Al fresco, czyli fresk mokry, zwany też często freskiem prawdziwym, jest jedną z najstarszych technik malarskich, ukształtowaną w ścisłym związku z architekturą. Nie sposób dokładnie określić, kiedy wynaleziono fresk, ale według Witruwiusza był powszechnie znany w starożytności.


Jak dowodzą zachowane fragmenty rzymskich prac, na przykład w Pompejach, antyczni artyści władali znakomicie technikami ściennymi. Malarstwo ścienne a w szczególności fresk był chetnie wykorzystywany do ozdabiania ścian.

Jako podobrazie fresku służy kamienna, kamienno-ceglana lub ceglana ściana. Ogólną zasada jest sporządzenie (aricciato) szorstkiej zaprawy wyrównującej i podkładowej z piasku i wapna. Po jej wyschnięciu nakłada się następną intonaco. Jest mniej piasku w stosunku do wapna albo zamiast piasku mączka marmurowa. Ta zaprawa jest gładsza. Na tej warstwie maluje się pigmentami rozrobionymi z wodą. Po zatarciu intonaco przystępuje się do malowania bezpośredniego na wilgotnej jeszcze zaprawie, zgodnie z zasadą „mokro w mokrym”.

Malowidło musi powstawać systemem dniówkowym, tzn. artysta dziennie może wykonać tylko taką część pracy (malowidła), jaką zdąży przed stężeniem zaprawy. Następnego dnia nakłada się kolejną partię intonaco, dobrze przylegająca do pierwszej. Farbami są pigmenty utarte z woda wapienną. Spoiwem barwników jest świeża zaprawa (gdzie znajduje się wapno gaszone i pod wpływem i dwutlenku węgla z powietrza, przemienia się w krystaliczny węglan wapnia) która twardniejąc wiąże je i malowidło staje się wodoodporne.

Fresk mokry nie jest, więc techniką prostą ani łatwą, ale cały trud zwykle rekompensuje imponujący efekt końcowy. Dekoracja wykonana przy użyciu techniki al fresco daje niepowtarzalny efekt świeżości, czystości i świecenia barw, a także gwarantuje niezrównaną trwałość. Kolejna warstwa tynku należy już do tzw. intonaco. Do ciasta wapiennego dodaje się piasek miałki, przy czym grubość całego intonaco ma wynosić od 0,5 cm do 1 cm. W intonaco piasek może być zastąpiony mączką marmurową, tartą cegłą lub innym cienkim wypełniaczem. Intonaco wyrównuje się deseczką skrapiając powierzchnię tynku wodą w celu dokładniejszego wyrównania powierzchni.

Intonaco zakłada się na takiej powierzchni, którą ma się zamalować w ciągu jednego dnia. Ilość warstw intonaco jest w zasadzie dowolna (w praktyce od 2 do 8). Im więcej warstw, tym dłużej można malować (nie tak szybko wysycha). Grubość wszystkich warstw (aricciato i intonaco) może dochodzić do 4 cm Kilkuwarstwowy tynk jest mocniejszy od jednej grubej warstwy i dłużej utrzymuje wilgotność. Bardzo ważną rzeczą jest zachowanie odpowiedniej proporcji pomiędzy wapnem a wypełniaczem. W znacznej mierze zależy ona od jakości wapna - im tłustsze, tym więcej wypełniacza.


Pracownia malarstwa wykonuje realizacje ścienne

Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

O symbolice w malarstwie ikonograficznym

Trójca Święta Rublowa czyli Mona Lisa ikonografii


Autor: Aleksandra Kokosińska


Większość z nas kojarzy najbardziej znanego rosyjskiego ikono pisarza- Andrieja Rublowa.  Ale czy możemy z łatwością wymienić  jego najwybitniejsze dzieło, tak jak jednym tchem jako dzieło Leonarda da Vinci wskazujemy Mona Lisę? Przyjrzyjmy się więc jednemu z najbardziej znanych dzieł sztuki prawosławnej- ikonie "Trójcy Świętej".


jj

Na pierwszy rzut oka widzimy trzech aniołów siedzących przy stole, na którym stoi jedynie kielich.  Tak więc teoretycznie nazwa ikony „Trójca Święta” nie pasuje do tego co widzimy. Warto pamiętać, że ikonopisarze nie mogli swobodnie interpretować Pisma i dowolnie ukazywać swojej artystycznej wizji. Musieli ściśle przestrzegać zasad narzuconych w podręcznikach pisania ikon czyli hermeneiach. Rublow więc nie mógł dowolnie interpretować scen z Pisma.  Wiemy też, że Rublow opierał się tu na XVIII rozdziale Księgi Rodzaju, który opisuje Boga ukazującego się Abrahamowi i Sarze w postaci trzech aniołów pod wielkim dębem. Genialny malarz usunął więc postać Sary i Abrahama. Dlaczego? Ponieważ postanowił ukazać podstawowy dogmat chrześcijaństwa, który w Księdze Rodzaju jeszcze nie występuje, czyli prototyp Trójcy Świętej.

Do tej pory malarze ikon przedstawiali ta scenę z Biblii zgodnie z opisem: trzej aniołowie razem z Sarą i Abrahamem siedzą pod wielkim dębem. Natomiast w swoim dziele Rublow usunął  dwie postacie, pozostawiając jedynie postacie aniołów. Poza tym wielki dąb ukazał jedynie symbolicznie. Dąb jest tu podpisem. Na ikonach każda postać musi być podpisana, przykładowo nad głową Maryi znajdziemy zazwyczaj napis „Matka Boża”, a nad głową Jezusa „Jezus Chrystus” (takie napisy znajdziemy na przykład na ikonie Matki Bożej Częstochowskiej). Na ikonie Rublowa nie ma podpisów wskazujących osoby Trójcy Świętej, zamiast tego nad każdym z aniołów znajduje się symbol. Nad głową Chrystusa, czyli środkowego Anioła, widzimy drzewo. Symbolizuje ono drzewo z raju, pod którym zaczął się grzech, ale także drzewo krzyża, na którym Chrystus grzech pokonał. Z lewej strony, nad Bogiem Ojcem, widzimy dom, symbol Domu Ojca. Natomiast nad Aniołem-Duchem Świętym znajduje się symbol góry, ponieważ Duch Święty objawia się na górze, jest to też symbol świętości Trójcy.

Ikona jest obrazem, ale obrazem pełnym symboli. Każdy szczegół ma znaczenie, i ikony Rublowa nie są tu wyjątkiem. Aby nie odebrać żadnemu z aniołów godności oraz ukazać równość trzech istot boskich, ich trójistotę, Rublow namalował wszystkie postacie aniołów w tym samym typie. Do tej pory nie było to stosowane, postać środkowa była zawsze ukazywana inaczej niż te po bokach. Na tej ikonie wszystkie postacie są takie same, bo tylko tak Rublow mógł ukazać współistotę Trójcy. Co również godne uwagi, żadna z postaci nie siedzi prosto, każda się pochyla: Syn w stronę Ojca, Ojciec w stronę Syna i Ducha Świętego, a Duch w kierunku Ojca i Syna. W ten sposób postacie tworzą krąg, a krąg to doskonałość, pełnia. W centrum tego kręgu jest dłoń Chrystusa wskazująca na kielich. Kielich z kolei to odwołanie do Eucharystii, dlatego gdy się dobrze przyjrzymy, zobaczymy w nim głowę Baranka. Ale kielich znajdujący się na stole nie jest jedynym- jeżeli lepiej się przyjrzeć, można zauważyć, że również postacie Aniołów tworzą zarys kielicha.

Jednak nie każdy element na ikonie został ukazany w sposób inny niż przed Rublowem. Przykładowo kolorystyka szat aniołów jest zgodna z tradycją i niezaskakująca. Szaty środkowego anioła, Chrystusa, są czerwono-niebieskie. Są to kolory wybrane bardzo rozważnie, bo doskonale ukazują dwoistość natury Chrystusa: niebieski to kolor człowieczeństwa, a czerwony Bóstwa. Szata Boga Ojca jest złota, co było wyborem oczywistym, ponieważ złoto to kolor świętości Boga. Prawy Anioł symbolizujący Ducha Świętego ma niebieską tunikę i zielono-złotą szatę. Zieleń to kolor ożywiający, przeznaczony Duchowi Świętemu. Rublow zachował więc klasyczne kolory przeznaczone osobom Trójcy Świętej.

W ten sposób, przyglądając się jedynie kilku elementom ikony „Trójca Święte”, możemy zobaczyć geniusz Andrieja Rublowa, przejawiający się w innowatorskim podejściu przy zachowaniu wszystkich zasad pisania ikon. Dopiero on w XV wieku potrafił ukazać biblijną scenę w sposób przełomowy, bo metaforyczny na wielu poziomach.


Aleksandra Kokosińska

Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

środa, 17 września 2014

Co to takiego fotografia otworkowa, czyli tzw. camera obscura?

Na jednym z fotograficznych spotkań warsztatowych wykładowca przytaszczył ze sobą pudła, małe, duże, pionowe, poziome, to po butach, to po prezentach, okrągłe tuby... na zewnątrz z jakimiś ponaklejanymi paskami z czarnego kartonu, w środku wymalowane czarną matową farbą, z przyklejoną blaszką, wyciętą z puszki po coli, wytłumaczył, że za chwilę te pudełka zastąpią nam aparat fotograficzny... pudełko? bez skomplikowanego mechanizmu, jakie mają nasze dzisiejsze wypasione aparaty fotograficzne, lustrzanki, kompakty, czy nawet starsze, a jeszcze sprawne zenithy i in.? Otóż to, odwiedziliśmy ciemnię, gdzie do pudełka został włożony w odpowiednie miejsce papier fotograficzny, wszystko szczelnie zamknięte i voila... cała sztuka dobrać odpowiednie miejsce, temat, motyw, coś co chcemy uzyskać, a co wymaga niemałej wyobraźni, znajomości działania przysłony i obliczania czasu naświetlania... ale co ja tu... przeczytajcie ten artykuł, warto. Mam nadzieję, że nieco zaintrygowałam tych, którzy z tą techniką fotograficzną jeszcze się nie spotkali. Na początek dwie fotografie zrobione różnymi pudełkami o tylnej ściance prostokątnej, jednym przylepionym do słupka drogowego, przy pochmurnej pogodzie, drugim ustawionym na ziemi pionowo (pierwsze z czasem naświetlania 4 minuty, drugie już w deszczu - 10 minut). Prawda, że uzyskałam ciekawe efekty? chociaż z poświęceniem ;-)

Czy możliwa jest fotografia bez obiektywu, w ogóle apartu? - Tak.
Nieco o technice...

Fotografia otworkowa ma wiele zalet i pozwala na zastosowanie mocno zindywidualizowanych środków wyrazu. Ponadto nasza wyobraźnia, skłonności impresyjne oraz zdolności konstruktorskie dają duże pole do popisu.
Po pierwsze, można sobie samemu zbudować kamerę otworkową (camera obscura). Nie jest to trudne. Wystarczy np.karton po butach wyklejony wewnątrz czarnym papierem, kawałek grubszej folii aluminiowej oraz igła krawiecka. Do tego taśma izolacyjna i trochę czarnobiałego papieru fotograficznego lub odcinek filmu. Ostrość uzyskanego obrazu jest co najmniej zadowalająca, ale nie robimy przecież zdjęć otworkowych dla uzyskania „żylety”.
1000 lat temu Arab Ibn Al Haitam zapisał swoje obserwacje zjawiska naturalnego, później nazwanego „camera obscura”. Oznacza to ciemne pomieszczenie, w którym Ibn Al Haitam dokonał swoich spostrzeżeń. W jednej ze ścian pomieszczenia znajdował się malutki otworek, przez który wpadało światło, rysując na przeciwległej ścianie obraz odwrócony stronami.
Można eksperymentować z camerą obscurą, czyli pierwszą kamerą jaka powstała. W kartonie, puszce albo innym zamykanym i światłoszczelnym przedmiocie wykonuje się otworek (stąd; kamera otworkowa), zaś na przeciwległej ściance umieszcza się np. odcinek filmu. Najłatwiej pracować używając dłuższych odcinków filmu czarno-białego, który można samodzielnie wywołać. Wygodna jest błona fotograficzna typu 120 (do aparatów średnioformatowych), którą można przymocować do kawałka tektury taśmą klejącą, a następnie zamocować na tylnej ściance np. papierową taśmą malarską (łatwo ją potem odkleić). Dobre są eksperymenty z papierem fotograficznym np. formatu 13 x 18 cm, ponieważ jest on dość sztywny i przez to płasko leży w kamerze wykonanej np. z kartonu po butach. Otworek musi być malutki i należy go wykonać w jak najcieńszym materiale, np., w folii aluminiowej z opakowania po jogurcie, lub cieniutkiej blasze miedzianej. Można położyć folię na porowatym ale sztywnym podłożu, a następnie wbić w niego igłę, tak by ostrze igły lekko weszło w metal. Średnicę otworu trudno jest ocenić, ale przy pomocy szkła powiększającego można porównać go ze skalą milimetrową na linijce. Zobaczymy wtedy przybliżoną średnicę otworka. Średnica otworka nie ma bezpośrednio dużego znaczenia. Folię można następnie zaczernić np. na płomieniem świecy, ale nie jest to konieczne. Otworki można też nabyć np. na aukcjach internetowych. Niekiedy sprzedawane są w oprawach umożliwiających mocowanie ich do aparatów z wymienną optyką.

Odległość pomiędzy filmem a otworkiem
Odległość pomiędzy otworkiem a filmem/matrycą odpowiada temu, co nazywamy ogniskową obiektywu. Mniejsza odległość między otworkiem a filmem (mniejsza niż przekątna filmu) daje efekt „szerokokątny”, zaś przy większej odległości mamy „tele”. Ponieważ otworek jest mały, to czas ekspozycji jest długi. Zamiast migawki wystarczy kawałek kartonu lub samodzielnie wykonana klapka, mocowana od zewnątrz, np. taśmą do przedniej ścianki kamery.
By obliczyć czas ekspozycji musimy wiedzieć, jaką mamy wartość przysłony. Otrzymujemy ją, dzieląc odległość między otworkiem a filmem przez średnicę otworka. Np. jeżeli odległość ta wynosi 50 mm, a średnica otworka 0,2 mm, to przysłona jest: 50 mm : 0,2 mm = 250. Tu najlepiej poeksperymentować, pomagając sobie ustawieniami aparatu fotograficznego, po pewnym czasie dojdziemy do perfekcji ;-) Np. jeżeli wartość przysłony kamery otworkowej wynosi np. 180 lub coś około tego, to ważny jest czas podawany przez światłomierz dla wartości przysłony 8. Jeżeli będzie to np. 1/60 s, to czas ekspozycji wyniesie 8 sekund.

Zmierzony czas ekspozycji
Światło można mierzyć ręcznym światłomierzem albo jak wspomniałam aparatem fotograficznym. W przypadku czarno-białego negatywu margines błędu jest spory i można sobie poradzić nawet bez światłomierza. Przy wartości przysłony 250 oraz filmie o czułości ISO 100 czas ekspozycji wyniesie 5-10 sekund w silnym świetle słonecznym.
Na kamerę otworkową można przerobić np. aparat cyfrowy z wymienną optyką, wyjmując obiektyw i mocując na powstały otwór kawałek metalu z zamocowanym pośrodku otworkiem. W niektórych modelach będzie działała automatyka czasu, i nie będziemy musieli zastanawiać się nad pomiarem.
Zdjęcia wykonane kamerą otworkową są specyficzne. Nie są one ostre, ale często wyglądają lepiej niż można by oczekiwać. Nieostrość jest taka sama na całym zdjęciu w odróżnieniu od obrazów tworzonych przez obiektywy mające głębię ostrości.
Odświeżające jest to, że ciekawe efekty można osiągnąć nie stosując drogich obiektywów czy aparatów naszpikowanych elektroniką.

Joanna Dębiec
www.wszystkoosztuce.blogspot.com

Małe zderzenia z fotografią nieco inną niż reporterska

Sory za próby graficzne, ale mam zamiar trochę ten blog przeorganizować, żeby był wgląd w więcej poprzednich tematów z zajawkami i by to, co piszę było bardziej czytelne. Stopniowo, cierpliwości. Póki co, obiecałam zdradzić efekty warsztatów fotograficznych - mojego zderzenia ze sztuką fotografii artystycznej, ciemnią, barwnikami, utrwalaczami, naświetlaniem i innymi ;-) hmm... na wymierne efekty, już nie w sensie wystawy z próbkami i kilkoma fotografiami każdego z uczestników, bo to się dzieje, ale stworzenia jakiegoś większego albumu fotografii artystycznych, wykonywanych techniką "otworkową", cyjanotypią, czy gumą arabską... albo jeszcze czegoś równie zwariowanego (nie, do pomysłów Beksińskiego mi daleko, spokojnie) - jeszcze trzeba będzie poczekać, ale na dobry początek... zobaczcie http://www.zakliczyninfo.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=2779:fotografia-wokol-nas-fotorelacja-z-warsztatow&catid=5&Itemid=45, a to z otwarcia wystawy, szkoda, że zbliżeń prac nie ma: http://www.zakliczyninfo.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=2829:w-zakliczynie-kochaja-fotografie11&catid=5&Itemid=45 postaram się napisać więcej o tego rodzaju technikach fotograficznych, mi wiele ta zabawa dała...